przez Astral » 08 kwi 2010, 18:15
W pewnym momencie zauważył przechodzącego obok Willa, mężczyznę od słynnych przemówień. Przywołał on Dale'a po imieniu rzucając mu mango. Tanie sztuczki... - Pomyślał, choć przyjął owoc chowając do plecaka.
- Mogę się przysiąść ? - Usłyszał nad sobą głos.
Podniósł głowę spoglądając na niego mętnym wzrokiem, nie znał go, nawet nie widział podczas katastrofy, choć twarz wydawała mu się znajoma.
- Eh... jeśli musisz... siadaj... Dale jestem, zaproponował bym Ci wina, ale dobre maniery nie sa moim atutem, dlatego zostawię je dla siebie. Więc...? - Urwał wypowiedź spoglądając na niego pytajaco
- Freddy - powiedział podając dłoń, lecz Dale nie odwzajemnił gestu - Co sądzisz o tej całej..sytuacji ?
- Bardzo przyjemnie, przynajmniej póki alkohol się nie skończy... a tak na serio? Jesteśmy tu CZWARTY dzień i znikąd, żadnego kur*a ratunku. Zostaniemy na tej przeklętej wyspie na zawsze. Ale wciąż jest miło.
- Cóż, Dale...Jack jest pewien że ktoś po nas przybędzie...Albo jest głupcem albo ma mocną wiarę...Mówiąc szczerze : wierzę, iż się stąd wydostaniemy. Może to potrwać...ale wydostaniemy..przynajmniej mamy lepszą sytuację niż ten gość z "Cast Away: poza światem" - powiedział Freddy uśmiechając się, i mając nadzieję że rozluźni atmosferę
- Hm... - Przerwał na chwilę - Nie był bym taki pewien, w końcu miał Wilsona. Czy można dzielić wyspę z lepszym towarzyszem? - Zaśmiał się, rozmowa nieco poprawiła mu humor - Swoją drogą, wspaniały film... Mówiłeś, że jak Cię zwą? Przybyłeś tu sam?
- Freddy. Freddy Criger. Przybyłem z narzeczoną, ale...zmarła w katastrofie. - Powiedział z wielkim spokojem, patrząc się na ocean. Otrząsnął się i powiedział - A Ty ?
Słysząc jego nazwisko miał wielką ochotę zażartować na temat ulicy wiązów, gdy jednak padło kolejne zdanie zrezygnował.
- Poważna sprawa... Nie, nie... Ja... Ja jestem sam, to znaczy - leciałem sam. Ale jak możesz być tak spokojny w tej sytuacji?
- Rozpaczanie nie przywróci jej życia..Sam ją przeniosłem z miejsca katastrofy, sam wykopałem grób, sam ją pochowałem.. Może nie mam siły płakać, a może wszystko stało mi się obojętne.. - powiedział smutnym głosem wstając - Miło było Cię poznać, Dale - i odszedł w stronę namiotów.
W tym momencie Dale zrozumiał, że jego sytuacja nie jest aż tak tragiczna. Choć katastrofa lotnicza nie jest najmilszym co mogło go spotkać, to może właśnie należy uznać to za ogromne szczęście, w końcu mógł być jednym z ciał płonących dzień wcześniej we wraku samolotu... Rozmowa ta przywróciła w nim nieco nadziei. Myśląc nad sytuacją w jakiej teraz są mężczyzna udał się by naprawić swój namiot. Po drodze spotkał jeszcze człowieka znanego mu jako Will
- Taa... dzięki za owoc... to niewiele. Ale dzięki. Za dobre chęci... ehe... jakbyś coś może potrzebował to... wiesz, wal. - Rzekł krótko i treściwie biorąc się za odbudowę schronienia, tym razem bardziej się do tego przykładając.